
„Miłość aż do Grobowej Deski”
Alice Cooper to artysta wyjątkowy. Protoplasta postawy i stylu niepowtarzalnego Marilyna Mansona, był niegdyś tak jak on nienawidzony przez amerykańską opinię publiczną. To nim straszono małe dzieci, to on był największym złem swoich czasów. Postawa postawą, lecz wartość jego muzyki jest ponadczasowa i bezcenna, jak przekonujemy się na jednym z jego klasycznych albumów o wdzięcznej nazwie „Love It to Death”. Album jest bardzo krótki, jak przystało na dzieło z początku lat siedemdziesiątych i jest niemalże tak inspirujący dla klimatycznego metalu, jak pierwszy album Black Sabbath, choć, w odróżnieniu do tegoż - w znacznej mierze zapomniany przez fanów rocka.
Zaczyna się od fajnej zagrywki w „Caught in a Dream” – wyluzowanym utworze o wyrazistej gitarze, tle blues-rockowym i delikatnej talerzowej perkusji. Na uwagę zasługuje charakterystyczny wokal założyciela grupy, który, mimo upływu lat brzmi dzisiaj tak, jak niemalże czterdzieści lat temu. Czysty, choć lekko skrzekliwy, jest podobny w barwie do stylu wokalnego Ozzy’ego Osbourne’a. Średnia solówka dopełnia klimat utworu. Nie jest to z pewnością arcydzieło z perspektywy teraźniejszego odbiorcy, jednakże jest wystarczająco dobre na „otwieracz” albumu.
Najmocniejszy kopniak otrzymujemy wraz z utworem drugim – „I’m Eighteen”. Przejmująca, mocna rockowa ballada porusza tematykę dojrzewania i jest zabarwiona zdecydowanie najlepszym tekstem na płycie. Wszystko gra tutaj jak w szwajcarskim zegarku: Alice brzmi rewelacyjnie, podobnie jak sekcja rytmiczna i gitara elektryczna z pięknym solo w środku kawałka. Smaczki aranżacyjne w rodzaju harmonijki na początku i organowego outro dopełniają w cudowny sposób całości. Dzisiejszy klasyk i ponadczasowe arcydzieło.
„Long Way to Go” jest riffowane z początku, zawiera wyrazisty bass, krzykliwego Coopera i genialną perkusję. Znowu jako smaczek mamy tutaj organy, a w dalszej części – knajpiane pianino. W odróżnieniu od innych zespołów, Alice Cooper potrafili tak bawić się aranżacjami, by nie starzały się w miarę upływu lat. Ciekawym efektem jest riff basowy, wyraźnie wyeksponowany z tła. Kolejny bardzo dobry utwór.
Epickie „Black Juju” to przede wszystkim perkusja. Jest ona oparta o bębny, które nasuwają skojarzenie z klimatami vodoun (voodoo, jak kto woli). Powoli rozwlekający się, zaczyna od odwróconego tłumienia dźwięków organów o typowo kościelnym posmaku. Po chwili mamy do czynienia z utworem, który jest stricte rockowy. Typowe podejście do organów, które brzmią jak wyjęte spod ręki art-rockowców, nadaje utworowi posmaku klasycznej psychodelii. Gitarowy „pajączek” w środku, z kolei, ma w sobie coś z klasycznych motywów dźwiękowych z... westernów. Głos Alice Coopera przywodzi na myśl dokonania The Doors z ich wczesnego okresu (zabawa z wokalem Jima Morrisona) . Epickość utworu (ponad 9 minut) może zrażać, lecz ostatecznie jest to kawałek przemyślany w całości i nastawiony na budowanie określonego klimatu, który w wypadku piosenki krótszej straciłby wiele na swojej głębi.
Króciutkie „Is It My Body” z jednej strony jest bardzo sycące instrumentalnie, a z drugiej – pełne ekspresji wokalnej Alice Coopera, który mimo słabego tekstu operuje swoim głosem w niezwykły i niepodrabialny sposób. Od takich gwiazd powinno uczyć się śpiewania młode pokolenie rockowców!
Pstryknięcia perkusyjne we wstępie i organowe solo rozpoczynają „Hallowed Be My Name” – kolejny wyluzowany rockowy utwór o standardowym brzmieniu. Na uwagę zasługuje tu każdy instrumentalista: solo gitarowe jest wyśmienite, perkusja operuje wszechstronnie, a bass jest lekko zalotny.
Ballad „Second Coming” to popis solowy Coopera. Mamy tu cudowny fortepian, ekspresyjny śpiew Alice (partia „To talk again to angels on my side” jest po prostu przepiękna w swej melancholijności). Rytm marszowy nadaje perkusja, gitary zawodzą w iście bolesny sposób. Taki utwór to esencja smutku i zadumy. Arcydzieło, które wprowadza nas w ostatni autorski utwór Alice Cooper.
„Ballad of Dwight Fry” zaczyna się od końcówki „Second Coming”, by przejść w monolog małej dziewczynki, której ton nadaje dziecięca pozytywka. Trudno o bardziej wymyślny i ciekawy początek. Akordowa gitara klasyczna, spokojna perkusja i lekko ironiczny wokal Alice’a szybko konwertuje się w rockowy utwór – swoistą rockową pieśń pochwalną ku czci Dwighta Frye – aktora, który grał w wielu (klasycznych dziś) horrorach. Mimo średniego w jakości tekstu mamy okazję nadrobić niesmak poprzez kolejne słuchanie charyzmy wokalnej Coopera. Partia krzyczana pod koniec utworu brzmi faktycznie szaleńczo! Kto, jak kto, ale Alice Cooper potrafił wbić słuchacza w siedzenie za sprawą swojego głosu...
Ostatnim utworem na płycie jest „Sun Arise” – standard popowy Rolfa Harrisa i najbardziej znany utwór, jaki kiedykolwiek stworzuł. Przerobiono go tutaj w dość ciekawy sposób, nade wszystko wokalnie: Alice wypada tutaj dużo lepiej niż oryginalny autor. Po drugie: instrumentalnie jest niby wszystko wesoło, jak w oryginale, jednak... gitara wprowadza tutaj lekki niepokój. Ciekawy motyw wieńczący ten wspaniały album: czyżby Alice chciał rzeczywiście przekazać, że jest istotą nocy, stanowiącą powód do obaw wielbiących światło dnia prostych ludzi (jego muzyki unikających)? Dobrze odegrane na swój sposób i lekkostrawne muzycznie.
Słuchanie albumów takich jak ten to czysta przyjemność. Ciężko ocenić jednoznacznie jak bardzo jest on wspaniały. Z jednej strony chciałoby się rzec, że jest to arcydzieło. Z drugiej – nieco zawadzają tutaj stricte rockowe podejścia do tekstów utworów. Decyzję co do takiego dylematu pozostawiam do samodzielnej oceny, bo nie przesłuchanie takiego albumu to jak ominięcie któregoś z życiowych doświadczeń, a w tym przypadku: eponymicznej miłości aż do grobowej deski.
Telegraficzny skrót:
1) “Caught in a Dream” ****
2) “I’m Eighteen” ******
3) “Long Way to Go” *****
4) “Black Juju” *****
5) “Is It My Body” ****
6) “Hallowed Be My Name” ****
7) “Second Coming” ******
8) “Ballad of Dwight Fry” *****
9) “Sun Arise (Rolf Harris cover)” ****
Klimat: *** (lekko niepokojący)
Znużenie: ***** (brak)
Teksty: **
1) “Caught in a Dream” *
2) “I’m Eighteen” *****
3) “Long Way to Go” **
4) “Black Juju” **
5) “Is It My Body” **
6) “Hallowed Be My Name” *
7) “Second Coming” **
8) “Ballad of Dwight Fry” ***
9) “Sun Arise (Rolf Harris cover)” *
Końcowa ocena: *****,5
Na skróty: Genialny album posiadający wspaniały klimat, wykonanie i głos Alice Coopera. Mimo niedociągnięć lirycznych jest to dzieło wybitne. Trzeba przesłuchać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz