

„Ile w Końcu Mam Lat?”
Blink 182 odkąd pamiętam, zawsze był uznawany za muzykę dla młodych nastolatków. Uzasadniano niechęć do nich poprzez słodkie wokale, popowe brzmienie gitar i chaotyczną perkusję zespołu. Po zapoznaniu się z jednym z ich (podobno) najlepszych albumów, „Enema of the State”, tylko utwierdziłem się w przekonaniu do opinii większości. Nie ma sensu doszukiwać się w tym zespole piękna brzmienia, wzniosłej poezji i polotu. Muzyka jaką reprezentuje sobą Blink 182 ma być prosta, szczera i chwytliwa refrenowo. W zależności od wieku odbiorcy zespół ten może się podobać lub też – zanudzać i wprawiać w mdłości.
Zaczynają przebojowym riffem i talerzową perkusją w „Dumpweed”, przechodząc w szybkość i fajny wokal – lekko młodzieńczy, charakterystyczny dla młodzieżowych zespołów rockowych (quasi-punk-rock) z USA. Refren rozczarowuje podniesionym śpiewem – za wysokim i drażniącym. Trzeba przyznać, że kawałek jest bardzo szybki i „mięsisty” – idealny na początek płyty.
„Don’t Leave Me” zaczyna pełen pasji wokal, jednakże psuje go scena walki basisty z perkusistą. Bass zdecydowanie wygrywa tą krótką potyczkę. Po prostu fajny utwór – chwytliwy i nie irytujący. „Popowy” w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Perkusja uderza w „Aliens Exist”, by po chwili postukać sobie proste rytmy, które znowu kontrastują się ze świetnymi riffami gitar – dobrze wyprodukowanymi, wyrazistymi. Wokalista ma tutaj już trochę pod górkę – nie zachwyca, lecz nie zniechęca – odwala znośnie swoją robotę.
“Going Away to College” jest zapaskudzone wtórnym intro oraz nużącym brzmieniem instrumentów. Wokalista brzmi tutaj zdecydowanie słodziej niż w poprzednich kawałkach – nie brzmi to szczególnie odrażająco, ale też nie zachwyca. Ogólnie – spadek do poziomu rzemieślniczego. Zobaczmy, czy jest to tendencja, czy tylko wpadka.
“What’s My Age Again?” wyróżnia się innym podejściem do początku utworu – odbiera się to ze znaczną ulgą. Mimo tego, że początek jest ciekawy, to potem mamy do czynienia z powielanym schematem. Jednak trzeba przyznać panom z Blink 182, że jest to schemat dobry, sumiennie wypracowany i zaprawiony przynajmniej nutą kreatywności. Tak więc jest to coś w rodzaju ballady punk-rockowej. Nieźle brzmiącą i nieco rozwiewającą wątpliwości o pozostały poziom repertuaru z tej płyty.
“Dysentery Gary” niestety nie poraża. Postukują, pociągają za struny, wokalnie drą się jak dzieci walczące z zajadłością o grabki w piaskownicy, jednakże efekt końcowy jest pozbawiony tego „czegoś” co poruszało kończyny do podrygiwania w rytm muzyki. Fakt, zwolnienie tempa w środku kawałka brzmi fajnie, ale ostatecznie utwór jest słaby.
„Adam’s Song” to takie przedłużenie „What’s My Age Again?”. Zdecydowanie niepotrzebne i gorsze od poprzedniczki. Mamy tutaj niemalże identyczny wstęp gitarowy, nieciekawy wokal, przeskok do refrenu w stylu zachwytu godnego U2, rażącą komercyjność i bezcelowość (pianino na końcu kawałka). Brzmi wtórnie i paskudnie.
Uderzają znowu. “All the Small Things” może nie zachwyca wstępem, za to nie pasujący wokal ma w sobie dziwaczny urok – nastoletnio-dziecięcy, pełen pasji i wdzięku. Refren ma zabójczą nośność, choć ostatecznie “All the Small Things” jest średnim utworem-reprezentantem płyty.
“The Party Song” to utwór, który szepcze coś niezrozumiale na początku, potem nieco pokrzykuje w biesiadnym stylu przygrywając sobie na okazyjnie znalezionym instrumencie, następnie zapętla się bawiąc własnym ogonem i przygryza go sobie ze smakiem.
“Mutt” to powielenie schematu gitarowego z początku płyty, dodanie wstawek pop-rockowych i paskudnego wokalu. Jaki mógłby być efekt końcowy po takiej mieszance?
“Wendy Clear” pobrzękuje gitarowo z początku, by zostać zmiażdżona przez zmienną perkusję – negatywnie chaotyczną. Na szczęście wokalista nie daje tutaj ciała – jego śpiewu słucha się po prostu bez zachwytu i aż bez obrzydzenia. Kolejny średni kawałek.
„Anthem” to twarde wejście gitar w stylu znanym nam już z początku albumu. Wokalista nie wypruwa tutaj sobie żył, ale też nie stara się na siłę schrzanić utworu w sposób znany nam z poprzednich piosenek.
Podsumowując: „Enema of the State” to płyta, która doskonale podsumowuje styl Blink 182 - jest pozbawiona ładu i składu, nużąca w partiach gitarowych, konkurencyjne w partiach rytmicznych, a wokalnie – po prostu niedefiniowalna poprzez dwutorowość śpiewu przez różnych wokalistów. Nuta kreatywności występuje w śladowych ilościach, co nie wystarcza niestety, by nie uznać tego albumu za „kolejny pop-punk”. Przesłuchiwać można, lecz jeśli liczymy na coś więcej niż 2-3 odsłuchania - nie warto.
Telegraficzny skrót:
1) “Dumpweed” ****
2) “Don’t Leave Me” ****
3) “Aliens Exist” ****
4) “Going Away to College” **
5) “What’s My Age Again?” ****
6) “Dysentery
7) “Adam’s Song” *
8) “All the Small Things” ***
9) “The Party Song” **
10) “Mutt” **
11) “Wendy Clear” ***
12) “Anthem” *
Klimat: *** (młodzieżowy)
Znużenie: *** (średnie)
Teksty:
1) “Dumpweed” ***
2) “Don’t Leave Me” ***
3) “Aliens Exist” **
4) “Going Away to College” ****
5) “What’s My Age Again?” ***
6) “Dysentery
7) “Adam’s Song” ****
8) “All the Small Things” *
9) “The Party Song” ****
10) “Mutt” **
11) “Wendy Clear” ***
12) “Anthem” ***
Końcowa ocena: **,5
Na skróty: Płyta przeznaczona dla młodych odbiorców. Z początku niezła, następnie progresywnie gorsza pod każdym względem. Nie warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz