8/09/2010

Therion - Lemuria










„W Poszukiwaniu Lemurii”

Therion to jeden ze szczególnych zespołów. Jeden z tych, które zaczynały od zdecydowanie ciężkiej muzyki (w tym wypadku Celtic Frost był jedną z największych inspiracji kapeli, a więc pośrednio i Black Sabbath), a skończyły na graniu nieco lżejszym. Jednakowoż zmniejszenie ciężaru nie wpłynęło na jakość ich nagrań – przeciwnie, w miarę upływu lat przekonaliśmy się, że jest to zespół niesamowicie płodny i skłonny do pięknych melodii, pełen patosu i uroku. Płyta „Lemuria” z 2004 roku to z pewnością jeden z najwybitniejszych albumów zespołu, który to za jego pomocą ugruntował swoją pozycję najlepszego zespołu symfoniczno-metalowego na świecie.

Lirycznie nie jest to arcydzieło – teksty mają tutaj (jak zwykle w przypadku Therion) oparcie w mitologii i kultach religijnych (zwanych dzisiaj „pogańskimi”) przez co dla osób niezorientowanych w temacie będą zupełnie niezrozumiałe. Szczerze mówiąc, dla słuchacza, który posiada wiedzę na powyższy temat będą one po prostu schematyczne i nudne...

Klimat płyty jest pełen patosu i epickości. Czegoż innego jednak się spodziewać po zespole, który obrał taką, a nie inną taktykę wyrażania się poprzez muzykę? Mamy do czynienia z płytą, która ma zapewnić dla słuchacza swoistą muzyczną podróż po mitach. Z tego zadania grupa wywiązuje się rewelacyjnie. Mało tego! Słuchanie albumu w całości to czysta przyjemność. To jedna z niewielu płyt, które nie nudzą jako całość. Przejdźmy teraz do serii małych arcydzieł – poszczególnych utworów „Lemuria”:

Zaczynają agresywnym „Typhon” – jakby przypomnieniem o death-metalowych korzeniach kapeli. Po chwili grania wchodzi do akcji wspaniały bass wspierany przez męsko-żeński chór dostarczający iście epickiego klimatu. Agresywne riffowanie, growl, „tupocząca” perkusja... To stary dobry Therion w szacie lekko zsymfonizowanej! Miła rzecz dla wiernego fana.

Przypominają pod względem gitary solowej „Powerslave” Iron Maiden w egipsko brzmiącym „Uthark Runa”. Początek kawałka zdaje się być idealny do marszu – doskonałe połączenie gitary z perkusją zostaje niebawem wsparte przez chór i riffowanie, które przypomina... „Did My Time” Korn (z wydanego rok wcześniej albumu „Take a Look in the Mirror”). Pięknie prezentuje się tu szczególnie wokalista solowy, a złożona partia symfoniczno-metalowa występująca po jego popisie zadowala. Solowy krzyk wokalisty pod koniec utworu wieńczy go w niemalże doskonały sposób.

Three Ships of Berik Part 1: Calling to Arms and Fighting the Battle” to przede wszystkim wspaniała partia przypominająca brzmieniem flet, a zagrana na kultowych już organach “Hammond”. Niebawem następuje przejście do gitar oraz chóru – kolejny udany zabieg, choć trzeba przyznać, że nieco już schematyczny. Całość od lekkiego znużenia ratuje growl wydobyty bardzo profesjonalnie przez wokalistę – jest on zarazem rozpoznawalny, jak i pierwotnie agresywny. Kolejny świetny utwór.

Three Ships of Berik Part 2: Victory” to tylko krótki przerywnik, który jest dość sycący. Agresywne riffy, twarda perkusja i instrumenty dęte stają tu na czele przyjemnego dla ucha symfonicznego „hałasu”.

„Lemuria” to chwila odpoczynku od agresywnego i dość szybkiego grania. Aranżacją czołową jest tu gitara akustyczna, której akompaniuje chórzystka o wyjątkowo głębokim i przejmującym głosie. Organy przechodzą w chór, a ten stwarza niepowtarzalny klimat tajemnicy i magii. Niesamowicie wypada tutaj solista, który posiada dość dziwną barwę głosu – jest to ktoś, kogo można porównać do Boba Dylana – z jednej strony wydaje się, że jego wokal lekko fałszuje, a z drugiej – że ma niesamowitą charyzmę. Apogeum osiągnięte w refrenie, z perkusją i gitarą ograną w stylu wczesnej Metallica powala na kolana. Jest to na pewno jeden z najpiękniejszych utworów, jakie kiedykolwiek powstały w nurcie symfoniczno-metalowym.

Zaduma mija i pojawia się “Quetzelcoatl” – skrzydlaty wąż Majów. Z początku lekko agresywny niebawem staje się uosobieniem muzycznego spokoju, wręcz lekkiej melancholii. Oszczędny chór i fortepian zostają porażone przez nagłe zwiększenie tempa poprzez perkusję i gitarę. W tym momencie zabieg riffowania w taki sposób zaczyna być niezbyt strawny, zbyt powtarzalny. Na uwagę zasługuje tutaj partia solowa gitary elektrycznej i zagrana niemalże jak flamenco aranżacja wykonana na gitarze akustycznej.

“The Dreams of Swedenborg” rozpoczyna się od solisty, którego przyrównałem wcześniej do Boba Dylana - jego wspaniały wokal genialnie rozpoczyna pełen zadumy utwór. „Gregoriański” chór jest początkiem dla agresywniejszej partii gitar – dość „połamanej”, lecz niesamowicie wręcz urokliwej. Drażni nieco końcowy popis gitarzysty solowego, lecz ostatecznie utwór nie odstaje od swoich poprzedników.

Przepiękne „Arrow from the Sun” skłania do zadumy w ten sposób co „Lemuria”. Tutaj również występuje solistka znana nam już wcześniej, a towarzyszący jej chór męski doskonale podkreśla „gotyckość” utworu. Partia gitarowa brzmi niesamowicie świeżo, solista obdarzony głębokim basem śpiewa swoją partię w ciekawy sposób... Mamy do czynienia z kolejnym hitem – power-balladą.

Zadziornie robi się w „Abraxas”. Z jednej strony jest to utwór oparty na podobnym marszowym schemacie, co większość kawałków na płycie, lecz z drugiej właśnie owo odmienne podejście do grania gitarowego przesądza o jego przebojowości. Co nie zmienia faktu, że fragment „galopowania” gitarowego przypomina „Run to the Hills” Iron Maiden...

Szkoda, że efekt końcowy wypada nieco gorzej od poprzedników. Quetzelcoatl połknął widocznie swój ogon...

Feuer Overtüre/Prometheus Entfesselt” to bardziej klimatyczny utwór. Atmosfera tajemnicy i grozy jest budowana w znakomity sposób. Dodatkowym smaczkiem jest tekst po niemiecku, który doskonale wspiera riffowanie. Utwór ma w sobie sporo z tematów awanturniczych, doskonale sprawdziłby się jako utwór przewodni do filmu o losach mitycznych bohaterów. Trzeba jednak przyznać, że (podobnie jak „Abraxas”) w tym momencie płyty nie ma już fajerwerków. Wręcz przeciwnie – Therion przygasa tutaj dość znacząco, opada jakby z sił...

Co by nie powiedzieć i nie ważne jak bardzo się przyczepiać do schematyczności struktury aranżacyjnej i tekstów – ta płyta jest po prostu wielka. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że niemalże wszystkie utwory są przebojami, każdy z nich mógłby zostać wybrany na singiel. Zdarzają się co prawda wpadki – chociażby małe plagiaty artystyczne, lecz nie psują one odbioru całości. Bez względu na gusta muzyczne – warto dać szansę dla tej płyty. Zaręczam, że nikt nie będzie nią rozczarowany.

Telegraficzny skrót:

1) “Typhon” *****

2) “Uthark Runa” *****

3) “Three Ships of Berik Part 1: Calling to Arms and Fighting the Battle” *****

4) “Three Ships of Berik Part 2: Victory” *****

5) “Lemuria” ******

6) “Quetzelcoatl” *****

7) “The Dreams of Swedenborg” *****

8) “An Arrow from the Sun” ******

9) “Abraxas” ****

10) “ Feuer Overtüre/Prometheus Entfesselt” ****

Klimat: ***** (patetyczny)

Znużenie: ****** (czysta przyjemność)

Teksty: ***

1) “Typhon” ***

2) “Uthark Runa” ***

3) “Three Ships of Berik Part 1: Calling to Arms and Fighting the Battle” ***

4) “Three Ships of Berik Part 1: Victory” -

5) “Lemuria” ****

6) “Quetzelcoatl” *

7) “The Dreams of Swedenborg” **

8) “An Arrow from the Sun” ***

9) “Abraxas” ****

10) “Feuer Overtüre/Prometheus Entfesselt” ***

Końcowa ocena: ******

Na skróty: Genialny album symfoniczno-metalowy. Klasyka gatunku – wstyd nie przesłuchać.

2 komentarze:

  1. Kolejna dobra recenzja, jeśli chodzi o stylistykę. Co do oceny płyty mam mieszane uczucia. Album oceniłeś jako genialny, a w recenzji co akapit natykam się na porównania danego riffu, itp. do zagrań innych zespołów. Skoro na tej płycie często nasuwają się skojarzenia z innymi zespołami, to nie lepiej zabrać się za przesłuchanie tych "innych" zespołów? Chyba, że chodziło Tobie o smaczki nawiązujące do innych kapel, a nie ukryte kopiowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, jest genialny, bo stanowi esencję gatunku symphonic metalowego. Co nie zmienia faktu, że riffy rzeczywiście są dość podobne/identyczne do wskazanych przez mnie zespołów/utworów. Nie przeszkadza to jednak w całkowitym odbiorze płyty.
    Jak zauważyłem we wstępie do moich recenzji, zresztą. Trudno uniknąć powielania, gdy przesiąka się muzyką od dziecka. Toteż momentami owo riffowanie jest niezamierzone. Ciężko powiedzieć, gdzie dany riff był zagrany świadomie, a gdzie nie. Warto pokonwersować o tym z samym zespołem do czego zachęcam. Osobiście z muzykami Therion nie jestem na "Ty" i nie wymieniamy codziennej korespondencji, przykro mi.
    "Skoro na tej płycie często nasuwają się skojarzenia z innymi zespołami, to nie lepiej zabrać się za przesłuchanie tych "innych" zespołów?"
    Komentowanie takiego zwrotu wydaje mi się zbędne. No, ale skoro trzeba, to będzie przykładzik:
    Skoro Celtic Frost rżnie riff-intro w "Dethroned Emperor" z "Am I Evil?" Diamond Head , to nie znaczy to, że nie uznam pierwszego z wymienionych za świetnego kawałka, prawda? Nie znaczy to też, że oba utwory są identyczne.
    Wolałbym komentarz odnoszący się do treści, a nie służący niepotrzebnej dyspucie na temat kopiowania. Samo stwierdzenie faktu zerżnięcia riffu jest traktowane tutaj jako smaczek, przeciętny słuchacz danego albumu nie ma pojęcia o niuansach muzycznych. Uważam osobiście, że mam o nich jednakże niejakie rozeznanie. Oczywiście - mogę się mylić, ale proszę w takim razie o konkretne wytknięcie błędu.
    ...Co nie zmienia faktu, że przykładam się do oceny końcowej, jak i poszczególnych partii.
    ...Bo to jest naprawdę genialny album.
    Przesłuchaj sam. Co najmniej kilka razy, jak nie wierzysz na słowo. O to mi przecież chodzi. = )

    OdpowiedzUsuń